Dzień coraz dłuższy, ... a jakby krótszy, ... i jeszcze żeby mi się chciało, ... tak jak mi się nie chce. Ogród nie daje odpocząć. Mam wrażenie, że grabie, motyka i łopata zaczynają na mnie łypać gdziekolwiek przystanę. Sterta wyciętych "badylaków" powoli wylewa się z przyczepki, dając tym samym motywację do dalszej pracy. Narzekam, ale tak naprawdę lubię to wiosenne ogrodowe szaleństwo. Pierwsze kwiaty, pierwsze listki, a przede wszystkim ich soczyste świeże kolory, działają na mnie bardzo energetycznie. Zerkam na ten nasz mały podwórkowy światek, a on każdego dnia zaskakuje coraz bardziej zieloną odsłoną. Widziałam już lecącego bociana i był to mój pierwszy bocian w tym roku, a to podobno dobrze wróży na nadchodzące miesiące (ogólnie dobrze :-) jeśli ktoś się uśmiechnął w tej chwili :-) nie w kwestii potomstwa). Żartuję z tego, ale rokrocznie podświadomie wypatruję lecącego bociana, a jego widok gdzieś tam wysoko w górze, traktuję jako dobrą monetę na nasz start w rozpoczęty rok. Zaglądałam też dyskretnie w sosenkę, czy ptaki zajęły już swoje miejsce na uwicie gniazda, ale niestety nic nie ma. Widać wybrały sobie w tym roku inną lokalizację. Jaszczurki za to biegają po naszym ogrodzie w najlepsze, niestety mrówki też. Ślimaków również mamy przeogromne ilości, chodzę, zbieram, ale to nic nie daje, są wszędzie. Dodatkowo, ku mojemu przerażeniu, Tala (nasza suczka) przypomniała sobie swój okres wariactwa w wyrządzaniu szkód (wszelakich!) i zaczyna w tej kwestii wracać do formy, a potrafi naprawdę wiele. Za wcześnie ją pochwaliłam.
Zerknijcie
tutaj, na stronie
Ewy ze Small-wingels-shop są do pobrania za darmo fajne grafiki. Ja upatrzyłam już po jednej dla Oli i Igora do ich pokoi. Muszę skonsultować z nimi mój wybór, bo to co mi się podoba, im często niekoniecznie. Pomysł na żółto-czarne pasy do przedpokoju już mi przeszedł, nie wiem, co mi strzeliło do głowy (?), chyba wiosenne zamroczenie. Moja koncepcja ulotniła się wraz z żółtymi kwiatami "jednorazówkami", które dawno przekwitły, a ich cebule czekają na wysadzenie jesienią do ogrodu. Jakoś nie mam w tym roku żadnych planów przeorganizowania naszego kawałka ziemi. Zawsze im bliżej było wiosny, oczyma wyobraźni już przesadzałam, kupowałam, tworzyłam nowe rabaty, albo w znacznym stopniu zmieniałam stare. Nasiona to miałam już w lutym. Teraz nic, wielkie nic, a w głowie pustka. Nie byłam nawet u żadnego "ogrodnika". Trochę mnie ten stan niepokoi, ku zadowoleniu Moich, którzy ciągle powtarzają, że tych chwastów - tak nazywają moje roślinki
;-( - jest już za dużo. Mam nadzieję, że się rozkręcę, w miarę ogarniania bałaganu, który mam (jeszcze!) w chwili obecnej na podwórku. Mocy przybywaj!
:-)
Sytuacja z wczoraj. Szykujemy się do snu, Igor zakłada piżamę lekko już półprzytomny. Mówię do niego "
ale masz brudne nóżki, no okropnie", na co syn nasz "
mamo bywały już brudniejsze, uwierz mi", oczywiście odwrócił się i w sekundę zasnął. Pomyślałam, a w sumie, kto powiedział, że Dzień Dziecka (brudaskowy) musi być tylko w czerwcu, też przewróciłam się na drugi bok i ... jest już dziś. Miłego dnia, Kochani.