

Odnajduję spokój w ogrodzie. Ten kawałek ziemi okalającej dom naprawdę daje mi ukojenie. Sprzątam, chowam ozdoby, wycinam to, co wyciąć należy, przesadzam, kombinuję, planuję przyszłoroczny sezon. Dekoruję podwórko chryzantemami. Potrzebuję tej fizycznej roboty, tej spokojnej codzienności, o ile to w ogóle możliwe w obecnej sytuacji. Jeszcze chyba nigdy nie miałam tak ogarniętego ogrodu przed zimą. Dom wewnątrz już tak wymuskany nie jest, ale do szmaty już taką miłością jak do łopaty, nie pałam. Nie biegam oczywiście za każdym liściem, który plącze się po trawniku, a niektóre rośliny celowo zostawiłam nieuprzątnięte, bo podobają mi się ich przeżółkłe liście w zestawieniu z jesiennym kolorem sąsiadującego drzewa czy krzewu. Zrobiłam tak na przykład z funkiami, które pięknie odbiją się na tle wiśni. Jedne i drugie żółte jak cholera (ups, sorki:) i aż prosi się, żeby chwycić za grabie i zrobić porządek, ale nie, za bardzo lubię ten widok. Ot, takie dziwne poczucie estetyki:) Pozwoliłam sobie w tym roku poszaleć z dyniami. Trochę ich miałam, więc ozłociłam je sprayem i mam wejście do domu w kolorze orange:) Tak mawia Michalina.
dekorujemy wejście do domu
i działamy w kuchni
W tym poście trochę inaczej niż zazwyczaj. Nie przepadam za retuszowanymi zdjęciami, zdecydowanie wolę takie naturalne. Nie mniej, dzisiaj postanowiłam trochę poeksperymentować. Olę i Miśkę zagoniłam do roboty (w sensie modelki:), a sama udawałam, że znam się na robocie☺. Wiecie, jednak zdecydowanie lepiej czuję się fotografując krajobrazy albo łapiąc kadry sytuacyjne z tzw. zaskoczenia. Szacunek dla fotografów sesji dziecięcych, niełatwa robota. Od jutra wracam z aparatem do lasu, chociaż nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa☺️.