poniedziałek, 23 listopada 2015

Post w kolorze biało-czarnym czyli u nas w dzień i Wisłoujście nocą





     Uff, zdjęcia odzyskane. Wczoraj mój mąż dokonał "cudu" i po pół dnia wszelkich możliwych kombinacji zdjęcia wróciły na pulpit w komputerze (a mieliśmy jechać na niedzielną włóczęgę do Malborka, ale co się odwlecze, to nie uciecze, pojedziemy kiedy indziej). Jak pisałam wczoraj, spadł pierwszy śnieg i .... wcale nie stopniał, a wręcz "przybrał". Fajnie, bo dość już mieliśmy tej nieprzyjemnej pluchy przeplatanej intensywnym wiatrem. Teraz jest zdecydowanie sympatyczniej, pierwsza gra w siatkówkę kulkami śniegu zaliczona. Mało prawdopodobne, żeby ta biel pozostała z nami na dłużej, ale dobre chociaż troszkę takiego lekkiego orzeźwienia. Adam zrobił córci w sobotę niespodziankę i późnym wieczorem zabrał ją nad Martwą Wisłę, by pokazać Wisłoujście "po ciemnicy". Kiedyś mieszkaliśmy w okolicach Westerplatte, ale Ola tego nie pamięta, było to dobre ...naście lat temu. Córcia zadowolona (z piątku na sobotę "zaliczyła" jeszcze kilkugodzinny kinowy Maraton Igrzysk Śmierci), tata też, my z Igorem przy okazji. Na przyszły weekend mamy kolejne plany, ale o tym cicho - sza, żeby nie zapeszyć :-) Buziaki.




 








Z białego do czarnego


Wisłoujście
Pomnik Obrońców Wybrzeża na Westerplatte


Holownik akurat podpłynął w ich stronę.


Tu odpływał - z podniesionym dziobem - ale tego nie widać.



  
Inny mały holownik.




W oddali Pomnik Obrońców Wybrzeża i Port Gdański.



 U D A N E G O   T Y G O D N I A    :-))


niedziela, 22 listopada 2015

cd. postu poprzedniego


Potraktujcie te zdjęcia jako kontynuację poprzedniego postu (Francja, okolice Grenoble).





  





Walczymy o odzyskanie zdjęć z wczoraj 
z Jarmarku Ukraińskiego Gdańsk 2015 i z Wisłoujścia,
rano gdzieś sobie "zniknęły", iście po angielsku. 
:-(    :-(    :-(

PS  WIADOMOŚĆ DNIA
No i stało się ... dzisiaj rano spadły PIERWSZE PŁATKI ŚNIEGU
 ... to nic, że zaraz pewnie stopnieją ... ale spadły.


czwartek, 19 listopada 2015

Moje niecałe trzy kilometry



     Adam tradycyjnie już nocą podesłał mi zdjęcia, które zrobił podczas jednej z tras we Francji. Te przedstawiające leśną ścieżkę wprawiły mnie w pewną zadumę i uruchomiły wspomnienia. Moja rodzinna miejscowość - Moje D. - to malutka wioska. Położona wśród pól, łąk i lasów nie wyróżnia się niczym szczególnym, chociaż dla mnie (im jestem starsza) staje się coraz bardziej wyjątkowa. Odkąd pamiętam jest w niej osiem domów, ale zamieszkałych na tą chwilę tylko pięć. Tak się dzieje ostatnimi latami, że więcej mieszkańców odchodzi, niż przybywa. W porównaniu z czasami, gdy ja byłam dzieckiem, jest w niej teraz dużo smutniej, ciszej, brakuje wiele i wielu. Zamieszkaliśmy w Moich D., gdy szykowałam się do piątej klasy, siostra - do klasy niżej, a brat był malutki. Tato zaczynał gospodarzyć, a miał do tego smykałkę i przez kolejne lata z tej niewielkiej schedy po dziadkach stworzył swoje małe imperium, mama zaś zajmowała się nami i całym domowym obejściem, później otworzyła w sąsiedniej wiosce nieduży sklep. Do szkoły musiałyśmy chodzić niecałe trzy kilometry, w naszej wiosce do dnia dzisiejszego stoi stary poniemiecki budynek, w którym przed wojną mieściła się szkoła. Wszystkie zresztą budynki pamiętają czasy przedwojenne, kiedyś był tu, jak pamiętam z opowiadań, prężny majątek. Jeszcze kilkanaście lat temu regularnie przyjeżdżali do wsi Niemcy, najczęściej rodzina tych, którzy tu kiedyś mieszkali. Teraz, jeśli pojawi się u nas taksówka na mrągowskich z reguły rejestracjach, to wiadomo, że pasażer z Niemiec chce zobaczyć rodzinne strony ojca, dziadka, pradziadka, ale ma to miejsce bardzo rzadko. Ciocia, taty siostra, obiecała mi, że jak pojedziemy kolejnym razem na Moje D., to obejdziemy wioskę i pokaże mi, co gdzie było. Jak to jest, że człowiek zaczyna interesować się takimi historiami dopiero w pewnym wieku, ale nie o tym chciałam dzisiaj ... Tytułowe moje niecałe trzy kilometry drogi do szkoły ... Kiedyś nie było tak, że rodzice powozili dzieciaki samochodami prawie pod same drzwi szkoły, my codziennie chodziłyśmy z siostrą piechotą, chyba że już naprawdę mocno wiało, lało, bądź też zasypało śniegiem. Jaka była radość, gdy trafiła się  tzw. "podwózka", bo sąsiad jechał akurat traktorem i zgarniał nas z drogi, a my wskakiwaliśmy na biedkę (dla niewtajemniczonych biedka to taka mała przyczepka). Mam w pamięci taką sytuację: siostra wraca ze szkoły, jedzie tato, ominął ją i pojechał dalej, był tak zamyślony, że nie zauważył swojej córki. Droga prowadziła najpierw obok starego niemieckiego cmentarza, w swoim życiu byłam tam może z 5-6 razy, jest cały porośnięty bluszczem i tylko nieliczne ślady wskazują na to, że pochowani są tam ludzie. Jakiegoś zbytniego dziecięcego strachu w nas nie wzbudzał. Za cmentarzem zaczynał się las, nigdy chyba do niego nie weszłyśmy, z jednej strony bagnisty i nieprzyjemny, z drugiej też jakoś nie zachęcał. Na grzyby to zaglądałyśmy, wprawdzie bardzo rzadko, na brzozową polanę sąsiada przed cmentarzem, chyba że pasły się akurat krowy, wtedy nie pchałyśmy się za "pastuch" (elektryczne ogrodzenie). Zazwyczaj ubiegał nas z grzybami Pan Mirek, sąsiad z 4 domu, grzybiarz nad grzybiarze, po zawiezieniu mleka do mleczarni znikał w drodze powrotnej na jakiś czas, widziałyśmy tylko Jego Tico zaparkowane gdzieś na skraju. W połowie drogi kończył się las, a zaczynały się pola i łąki, z oddali wyłaniał się budynek szkoły. Pokonanie tego odcinka szło nam jakoś szybciej. Miałyśmy taki skrót do szkoły - przez ogródki nauczycielskie, chodziłyśmy tylko tamtędy. Szczególnie pięknie było tam w maju, a to za sprawą dużych starych krzaków bzu, które do dziś kwitną na biało, fioletowo i w kolorze ciemnego różu. Moja siostra zostawała tu w szkole, a ja wsiadałam w szkolny autobus i jechałam jeszcze kilka kilometrów do sąsiedniej miejscowości, gdzie były 5-te klasy (i wyższe). Teraz tak pomyślałam, że nie wiem czemu, nie jeździłyśmy do szkoły rowerami. Co pamiętam jeszcze: wracając do domu po lekcjach, często czytałam po drodze książki bądź szkolne podręczniki, coś nawet na ten temat rozprawiali na wiosce, a że byłyśmy nowe to obserwowano nas jakiś czas ze sporym zainteresowaniem. Doskonale pamiętam też, jak tuż za cmentarzem sadzono sosnowy las, dzisiaj jest on już ogromny, uświadamia mi to, ile lat minęło. Ciekawa jestem, jakie wspomnienia ma moja siostra, podpytam jak będę. Teraz, gdy jadę do Moich i skręcam z głównej drogi w te swoje niecałe trzy kilometry, wiem że jestem już cała w domu. 


Poniżej wspomniane na początku zdjęcia, sprawczynie moich dzisiejszych wynurzeń.

Francja, okolice Grenoble









środa, 18 listopada 2015

Z całego serca



     Lubię serduszka. Może to infantylne, ale zbieram je od jakiegoś czasu. Większość zakupiłam sama, kilka przynieśli znajomi, ale najdroższe są mi te od moich dzieci. Jedne przypominają mi, że byłam tu, tu i tam :-) że odwiedzili mnie tacy jedni znajomi i że popijałam z nimi wino, śmiejąc się do rozpuku :-) że zachwycałam się sklepem w Bochni :-) że potłukłam inną pamiątkę, próbując przymocować wstążeczkę z drewnianym serduszkiem :-) że nie wiedziałam, co ugotować i kilka dni wertowałam przepisy przed ważną uroczystością :-) że miałam taki jeden zeszyt w kratkę :-) ... Każde "serce" wiąże się z jakimś konkretnym wspomnieniem i choć to tylko wystrugany kawałek drewna, wiklinowa przeplatanka, gipsowy odlew, kawałek metalu to jednak mający swoją niemierzalną wartość właśnie przez swój związek z określoną sytuacją. Rozkładam i rozwieszam te serducha tam, gdzie moim zdaniem będą fajnie wyglądały, a że lubię w domu styl, nazwijmy go "kontrolowanie nieuporządkowany", specjalnie przemyślane działanie to nie jest. Pisałam już Wam kiedyś o mojej zdolności upychania (eksponowania, wykorzystywania - brzmi zdecydowanie lepiej!) różnych rzeczy w takie miejsca i w taki sposób, że sama się czasami (za)dziwię, nie mówiąc o innych, a że efekty czasem może niekoniecznie - no cóż. Mam tak i w domu, i w ogrodzie, i ... z serduszkami nie inaczej.
 
Ś L Ę    B U Z I A K I     U D A N E G O    D N I A
(mam taki plan, by mój był maksymalnie udany)



 
 





 
 



*********


Poniżej prezent urodzinowy od moich dzieci,
bezcenny, mam go od kilku lat.

 
 

A to JA trzydzieści parę lat temu,
znalazłam to zdjęcie przeglądając pamiątki rodzinne.



M A C I E    S W O J E    S E R D U S Z K A  ?


Jedno moje "Serce"


Drugie "Serce" Igorowe próbuje od 2 godzin odrobić lekcje,
umęczając się przy tym, że ja zaczynam mieć dosyć,
a widzę, że jeszcze to potrwa ... ach jak te literki
potrafią człowiekowi uprzykrzyć życie ;-)