poniedziałek, 10 lipca 2017

Cofnij się o dwa posty




Lato jest w tym roku bardzo kapryśnie.
Jeszcze trochę deszczu i moje kwiaty w doniczkach trafi ... zniszczenie przez zatopienie :(
Albo zjedzą je ślimaki na spółkę z mrówkami :(
Zdjęcia zrobiłam na chwilę przed burzą. Gdy piszę do Was, nadal pada, grzmi i jest paskudnie.












niedziela, 9 lipca 2017

Wielka woda :)




Z Misieńką nad morze możemy jeździć tylko wieczorami.
O wcześniejszej porze jest za gorąco i za tłumnie. Nie dla nas.
Misi podoba się woda. Duża woda. Większa od tej w różowe wanience :)
Patrzy na nią tak, jak w pierwszej minucie na swoją ulubioną zabawkę.
I się uśmiecha. I macha nóżkami. A to znaczy, że czuje się dobrze.
   









sobota, 8 lipca 2017

Rozczochrany ogród




     Ogród mamy rozczochrany. A już w tym roku rozczochrany jest szczególnie. Czasami rozczochranego ogrodu mam dosyć. Zwłaszcza wtedy, gdy wymyka mi się spod kontroli i zaczyna żyć po swojemu, a ja nie mogę nad nim zapanować. Bo za mało czasu na pielenie, bo brakuje sił, bo się nie chce etc. Adam naszego ogrodu ma dosyć częściej niż ja. Rozczochrany ogród wymaga sporej pracy i dużej dyscypliny. Trzeba trzymać go w ryzach. Chwila nieuwagi i zamienia się w coś. Co? Często to nie wiem. Galimatias? Pomieszanie z poplątaniem? Przysłowiowy groch z kapustą? Na pewno rozczochrany ogród nie zaistnieje bez zachwytu. Nad drobnym kwiatem, który wziął się z nieokreślonego skądś i wyrósł wśród zaplanowanych nasadzeń. Nad badylkiem z listkami, z którego nie do końca wiadomo, co wyrośnie, ale widać, że ma potencjał i i musi zostać. Nad kolejną samosiejką wędrowniczką, choć już jedna, druga i dziesiąta rośnie w innej części ogrodu. Tak, zachwyt jest w tym rozczochraniu niezbędny. Chociaż bywa też zgubny. Szkoda mi było usunąć koniczyny, która sama znalazła sobie miejsce wśród rozchodników w kamiennej rabacie. No to teraz mam za swoje. Już któryś dzień z rzędu, jak ten świstak z reklamy, grzebię w tych kamyczkach i wyrywam kolejną, ... i kolejną, ... i kolejną koniczynkę. Z każdą minutą pracy lubię ją coraz mniej. Koniczynę, rzecz jasna. I nie podoba mi się już tak bardzo, jak wtedy, gdy była pojedynczym egzemplarzem :) Ale tak to już z rozczochranymi ogrodami bywa. Raz są rozczochrane bardziej, innym razem mniej ;) 



 






czwartek, 6 lipca 2017

I jeszcze dwa zdjęcia




z Mazur




Zdjęcia te zrobione są z góry starej żwirowni w Moich D.
Ze żwirownią tą wiąże się tyle zabawnych historii.
Dziecięcych historii.
Kiedyś Wam opowiem :)



poniedziałek, 3 lipca 2017

Króciutko ze Szwecji




     W ramach zdjęć "zza kierownicy" Adam podesłał w Messengerze widoczek z miejscowości Tibro w Szwecji. Chciał pokazać mi nasadzenia lawendy na skraju pobocza (to różnokolorowe pasmo wzdłuż drogi). To, że to nie jest lawenda, jestem raczej pewna. Stawiam na szałwię, ale może to już wrzosy? Nie, wrzosy chyba nie. Pojęcia nie mam. Fajnie wyglądają te kwietniki na rozwidleniach. Pomysł wart skopiowania :) Chciałabym napisać kiedyś posta o nasadzeniach w naszych polskich miastach (tak na marginesie, to mnie od kilku lat podoba się zagospodarowanie zieleni w Kętrzynie na Mazurach). Może któregoś lata uda się zgromadzić materiał i pojeździć po Polsce. Byłoby fajnie :)  








sobota, 1 lipca 2017

Zmiana warty :) czerwiec odchodzi, lipiec przychodzi




     No i mamy lipiec. Lipiec pachnie inaczej niż czerwiec czy maj. Za nami zapach bzu, jaśminu i piwonii. Piwonie uwielbiam od zawsze. Są to dla mnie najpiękniejsze kwiaty świata. Mimo, że dla wielu osób kojarzą się z wiejskim ogrodem, ja odbieram je jako rośliny wręcz szlachetne, bardzo delikatne, subtelne i lekkie, mimo okazałej formy. Szczególnie bliskie są mi te w kolorze różowym i białym. Klasyczne. Na tę chwilę nie ma już cudnie żółtych pól rzepaku, pachnących tak intensywnie, że aż ciężko, ale przed nami fiolet i błękit facelii. Polne dywany utkane najpierw z rzepaku, a później z facelii są równie zjawiskowe. Lada moment otuli nas słodki (według mnie waniliowy) zapach kwitnących lip, tak uwielbianych przez pszczoły. Śliczne są teraz łąki, bardzo kolorowe od wszelkiego ziela. Czerwone za sprawą polnych maków. Białe dzięki rumiankom i koniczynie. Niebieskie - od chabrów, żmijowców, łubinów, ostróżek i lnu. Żółte - od mleczy. Różowe - od dziko rosnących naparstnic. I nad tym wszystkim mnóstwo owadów, a ile brzęczenia :) Zachwycająco radosna sceneria, która za chwilę się zmieni. Coś przekwitnie, straci swoją świeżość. Coś innego zakwitnie i wysunie się na pierwszy plan. Naturalny spektakl. Dla nas ważne, że ciągle owocują poziomki. Uwielbiamy je. Najpiękniej pachną i smakują te dziko rosnące gdzieś na polanie czy skraju lasu. Mamy takie jedno miejsce koło domu, gdzie jest trochę polnych poziomek, ale nie wchodzę w te zarośla ze względu na żmije, których wcale nie mało w naszym sąsiedztwie. Nie wchodzę, mimo poziomkowej miłości. Boję się. Czekam na malwy, choć te najpiękniej wyglądają przy starym wiejskim płocie, lekko pochylonym, nierównym i wysłużonym tu i ówdzie. Malwy mam, takowego płotu - nie posiadam :) Czym urzeknie zaś sierpień? Jakim odurzy zapachem? Dla naszej rodziny sierpień to czas żniw. Dojrzałe zboże gotowe na zbiór. I dla mnie jeszcze - to słoneczniki (takie prawdziwe z czarnymi pestkami) odwracające głowę do słońca. Ale do sierpnia jeszcze daleko :) Rozsmakujmy się zatem w tym, co tu i teraz :) Cudownie kolorowych i obłędnie pachnących dni lipcowych Wam i Nam życzę :)