środa, 16 września 2015

A TAK KILKA ZDJĘĆ ...
czyli wspominkowo z tego co latem


Dziś bez tekstu, segregowałam wczoraj zdjęcia i kilkoma chcę się z Wami podzielić. 
Zdjęcia robiła Ola, jedno ze statkiem jest Adama.









Miłego dnia !!!


poniedziałek, 14 września 2015

A TAK O WSZYSTKIM I O NICZYM
czyli sosenkowe bajanie przy kozie





     Oj zapachniała mi już jesień: jeżyną, dynią, orzechem, wrzosami, astrami i ... zupami krem z dużą ilością czosnku. Przyroda przyodziewa się powoli w ciepłe barwy czerwieni, brązu oraz pomarańczu. Nawłoć jest przecudnie żółta, a aronia z każdym dniem dojrzewa, by wraz z pierwszymi przymrozkami, obdarować bogatym zbiorem. Jeszcze moment i marcinki obsypią się niebieskim kwiatem, bo winobluszcz już przybiera cudowny kolor burgunda. Gruszki zaczynają spadać z drzew, moje jabłka potrzebują dosłownie chwilki, a śliwki węgierki teraz właśnie są najlepsze. Słoneczniki swoje ciężkie pestkowe główki chylą coraz bardziej ku ziemi, tylko maliny jakieś takie marne w tym roku, borówek nie było wcale. Muszę koniecznie wyczyścić rabaty z tego, co już jakiś czas temu przekwitło, by wyeksponować piękno tego, co urokliwe dopiero będzie. Szkoda tylko, że piwonie nie kwitną cały rok, to dla mnie kwiaty najpiękniejsze. Nie znoszę za to chryzantem i nigdy nie przynoszę ich na własne podwórko.



Nawłoć i moja "przedrzwiowa" dekoracja ze słonecznikiem.



Wrzosy już na parapecie, a jeżyny w słoiku.



    Dzień zaczyna się niestety coraz później, a wieczór przychodzi znacznie szybciej. Wrześniowa zapowiedź jesieni nie rozpieszcza: deszcz, deszcz ... i zimno, ale jeśli wierzyć prognozom, ma być lepiej. Sytuację ratują świeczki, które w dość znacznych ilościach porozstawiałam dosłownie wszędzie, do tego koza i wieczory robią się bardzo przyjemne. Rolnicy świętują dożynki, a ja jako siostra rolnika też swoje małe plony zamykam w słoiki. Za chwilę (albo i już) wykopki - oj, nie lubiłam "za dzieciaka" zbierania ziemniaków. O! - podobało mi się przewracanie lnu, ale to bardzo, bardzo ... dawne czasy, ile bym dała, aby choć skrawek tamtych chwil przeżyć jeszcze raz.



Nie wiedzieliśmy nawet, że Tala to taki piecuch.
Ona chyba najbardziej jest zadowolona z kominka.



     Każda pora roku ma w sobie coś swojego: wiosna to czas wyczekiwania, ekscytacji pierwszymi promykami słońca, nadchodzącym nieśmiało ciepełkiem, budzącą się zielenią, uwielbiam to wariactwo z kupowaniem rozsad, cebulek, nasion, kwiatów jednorocznych do donic. Wiosnę kocham najbardziej. Lato to dla naszej rodziny czas intensywny, ale pełen swobody zarazem, wiele spraw idzie lepiej, prościej, szybciej. Jesień przynosi wyciszenie, taki jakiś spokój i równowagę, wtedy mam potrzebę porządkowania w sobie i wokół siebie, a zima ... brr ... jest zimna.



Gruszki są Ani, hortensja moja.




     Jesień to dla mnie zbieractwo - przynoszę do domu wiele różności, które można wykorzystać "na już" lub "później" do stroików i innych dekoracji. Rzadko wracam z pustymi kieszeniami. Albo szyszka, albo mech, albo kamyk, albo patyk, albo dynia, albo ... kończę na miechunce. Żadnych suszków nie mogę trzymać w domu ze względu na Oli alergię, "składzikuję" w garażu. Mam jakąś taką zdolność upychania u siebie i wykorzystywania tego, co inni niekoniecznie chcą mieć. Latem sąsiadka wycinała sosenki i spytała, czy może jestem chętna na pniaki, takie z korzeniami. Oj tak, tak, tak, ..., bardzo tak. Ułożyłam z nich obrzeża piaskowej ścieżki wśród brzózek. Wygląda całkiem, całkiem. Aż dziwne, że nic nie wymodziłam jeszcze z tak modnych teraz palet i drewnianych skrzynek na owoce. Cóż, zima jest długa, jakaś samoróbka pewnie powstanie. Dam znać :))




PS Usłyszałam dziś fajne stwierdzenie: "Nie mówię nic na niby, mówię naprawdę". Ja tam czasami mówię na niby, jakkolwiek to rozumieć:)) Ale teraz do usłyszenia naprawdę @ Ew.


Wypijcie pyszną kawkę na rozgrzewkę ...


... do ostatniego łyczka.


Jeszcze jedno PS Właśnie dostałam od koleżanki przepis na sok malinowy do herbatki. Mam nadzieję, że nie będzie zła, że puszczam go dalej w świat. Na 3 kg malin dajemy 1/2 - 1 kg cukru, wedle uznania. Najlepiej przesypywać warstwami: maliny, cukier, maliny itd. (maliny oczywiście umyte). Ostawiamy na ok. 3 godziny. Później doprowadzamy do wrzenia, żeby delikatnie "pyrkało" tak ok. 15 min. Odcedzamy ciepłe owoce, wyciskamy maksymalnie (ile się tylko da) soku, wlewamy do słoików. Pasteryzujemy. Może by tak dodać ze 2 wyciśnięte cytryny do czystego już soku malinowego, ale nie wiem?

piątek, 11 września 2015

ZA OKNEM JJESIEŃ
czyli ciąg dalszy zmagań ze słoikiem i zakrętką


     Zaczynamy dziś kolorowo: barwami pomidorów, cukinii, patisonów, czosnku, ogórków i innych dobrodziejstw. Nadszedł czas plonów, a z nim i "słoikowa" praca. Jedni lubią te domowe przetwórstwo, inni nie, jedni doceniają i traktują jako bardzo wartościowe, inni się z tego śmieją. Ja zdecydowanie należę do tych "jedni". Nadeszły teraz takie smutne czasy, że to, co za czasów moich rodziców, dziadków i w sumie moich, było normą, teraz nazywane jest ekologicznym i kosztuje sporo więcej, trzeba też się postarać, by takie "prawdziwe eko" zdobyć. Dzieci kojarzą pomidory ze skrzynką w supermarkecie, a nie krzaczkiem w szklarni czy gruncie. Nie czują zapachu, nie znają naturalnego smaku. Straszne to. Róbmy wszystko, by tak nie było, ja staram się, jak tylko potrafię. Wolę brzydsze, nierówne, robaczywe, lekko parchate (ale za to pachnące) niż wersję ulepszoną wszelkimi paskudztwami, gorzej że te paskudztwa są teraz wszędzie i we wszystkim.




    Jeśli macie troszkę ... dużo czasu polecam przepis na warzywno-owocowy mix do słoika. Ja jeszcze nie robiłam, ale teściowa zachwalała, że pyszny. Obrabiam od wczoraj jabłka, gruszki i śliwki, a przede mną jeszcze pomidory. Oczywiście mam problemy z wekowaniem, jak to ja, wczoraj jeden słoik dosłownie eksplodował, na szczęście nic się nikomu nie stało. Kto by pomyślał, że przetwórstwo domowe może być tak niebezpieczne, chyba że dzieje się tak tylko w moim wydaniu!? Adam wymownie milczy, ... widzę, widzę i rozumiem ... ale będę próbować dalej, ciasta też nauczę się piec, choć jestem świadoma, że z tym może być jeszcze gorzej. Czasami małżonek próbuje delikatnie zasugerować, czy ma to jakiś sens, przy tej ilości strat, no cóż ... mistrzostwo wymaga praktyki, czyż nie :))? Odrobina garnkowego szaleństwa czasami pomaga, a w czym, to już nie będę pisać, ... hi, hi. Jakaś korzyść zawsze jest.
      Mamy w domu kozę. Adam sobie wymyślił, znalazł, a potem szybko zakupił, żeby pieniądze nie rozeszły się na nic innego. Teraz tylko drewienko i na chłodne wieczory, jak znalazł, bajka po prostu. Próby generalnej jeszcze nie było, może dziś ...  Tak, a propos, pamiętacie Zuźkę i Lusię?

  
Malutkie patisony, teściowa robi je w pysznej zalewie.

Dostałam, niestety nie uhodowałam sama takich pyszności,
chociaż pomidorków koktajlowych mam zatrzęsienie:
czerwonych, żółtych, okrągłych, podłużnych.
Nie do końca wiem, co mogłabym z nimi zrobić,
... oczywiście w kwestii słoika. Jakiś pomysł może?


Wspomniany przepis
(trzeba sporo kilogramów przygotować, żeby zacząć):

                                                                 1 kg papryki
                                                                 1 kg jabłek
                                                                 1 kg gruszek
                                                                 1 kg śliwek
                                                                 1 kg cebuli
                                                                 1 kg cukinii
                                                                 1 kg marchwi

Wszystko to trzeba drobno pokroić.

Wywar:

2 litry wody zagotować z 5 listkami laurowymi, 5 goździkami, 5 ziarenkami pieprzu, 1/2 szkl. octu, 1/2 kg cukru, 1/2 łyżeczki cynamonu, 1 łyżeczką soli. Przecedzić na koniec, żeby była sama woda.

Wywar trzeba wlać do pokrojonych warzyw i owoców, a następnie delikatnie gotować (dusić) ok. 40 min. Pod koniec dodać 5 malutkich koncentratów pomidorowych (wedle uznania i własnego smaku). Można, jak kto woli, zagęścić 2 łyżkami mąki ziemniaczanej (wymieszać mąkę z odrobiną wywaru bądź wody), uwaga żeby nie zrobić tzw. kity. Pasteryzować ok. 20-30 min.

Ile słoików wyjdzie z takich ilości, ... rany ..., ale ile trzeba zakrętek!



Wspomniane drewienko do naszej kozuni, słoiki kuszą,
ale zakaz otwierania do pierwszego śniegu.
Przyzwolenie jest na kiszone.

Małe cukinie, spod ręki mojej teściowej.

Czosnek do chlebka z masełkiem i solą,
na jesienne przeziębienia, które pewnie nas nie ominą. 
Zapas miodu też już mamy. 
Do tego mleko - Igorowi bardzo smakuje kozie, Ola nie "tyka".

Pierwszy raz widzę, 
ten zielony pomarszczony to ogórek,
w smaku pyszny.

Cukinie, ogórek, pomidory, już ich nie ma - smakowały!


Mam na blacie kuchennym trzy naczynka, do których
wrzucam, co tam uszczknę w ogródku: hortensję, miętę,
szałwię, papryczkę, lawendę, bratki i inne, inne roślinki.
Pięknie mi się zasuszają, lubię taki mix kolorów.

Jajek nie tkniemy innych,
jak nasze mazurskie, własne gospodarskie.


Kosz był pełen, ale część jabłek wylądowała już w słoikach,
z epizodem eksplozji, żeby nie było zbyt monotonnie.

Nie, nie zdjęcia strzelających jabłek nie ma.
Podłoga do dziś się lepi.

Najlepsze są stare polskie odmiany jabłek,
te są z sadu wujka Adama, mazurskie oczywiście.
Oj, jabłoneczka ma już swoje lata, to staruszka.

Mamy jesień, to widać, mimo że w kalendarzu jeszcze lato.

Na koniec:
nasza Talucha po renowacji.
Ach, te ... ... uszy.


Barwnego weekendu Wam życzę,
intensywnego czerwienią, wyciszającego zielenią, słonecznego, 
landrynkowo przesłodzonego, z lekkim orzeźwieniem fioletu,
twórczo inspirującego i po prostu miłego.
Do kolejnego @ Ew.

poniedziałek, 7 września 2015

WODA NA GÓRZE, WODA NA DOLE
czyli Akwedukt w Fojutowie


   Tak, tak koń w Fojutowie też był, nawet nie jeden. Zanim powędrowaliśmy na zwiedzanie akweduktu, najpierw były "ochy i achy" nad niewielkim stadkiem, które pasło się nieopodal ścieżki. Koń na początku dość intensywnie zainteresował się naszym towarzystwem, ale równie szybko się na nas wypiął, co zresztą widać na załączonym obrazku. Tak bywa, jak się przychodzi w końskie odwiedziny bez żadnej przekąski :))




      Fojutowo leży na trasie Tuchola - Czersk. My w 1,5 godzinki byliśmy na miejscu i zdecydowanie warto było. Spędziliśmy fantastyczny dzień, bo najpierw poszliśmy zobaczyć, o co tak naprawdę chodzi z tym akweduktem, a potem dzieciaki buszowały w kompleksie 3 zewnętrznych basenów, które znajdują się przy tamtejszym zajeździe. Prowiant mieliśmy swój (jak z najlepszej knajpki!), ceny biletów na baseny były przystępne, własne towarzystwo (wyśmienite!), pogoda sprzyjała a humorki dopisywały, że ho, ho. Wieczorna naleweczka w domu (oczywiście tylko dla nas dorosłych) stanowiła miłe zakończenie dnia. 


Spacerowaliśmy wyznaczoną trasą wzdłuż Wielkiego Kanału Brdy.
Na drugą stronę można przejść widocznym w oddali drewnianym mostkiem.

Trochę wiadomości o akwedukcie, 
zdjęcia i więcej informacji nieco dalej.


Historia powstania akweduktu ... w tablicowej formie.


Po Kanale Brdy można popływać ... łabędziami, kajakami też.



Wielki Kanał Brdy






Wieża widokowa przy Kanale 




Uwielbiam to zdjęcie, zrobiliśmy je z wieży widokowej.



Nieopodal tego wiatraku, pasły się właśnie konie, 
Ola wymieniała nam rasy, ale nie pamiętam.
Muszę przyznać, że córcia nieustannie ubolewa 
nad brakami w mojej "końskiej" wiedzy, 
podstawowymi jak mówi. No cóż ... fakt.

Teraz zobaczcie, już sam akwedukt 
skrzyżowanie dwóch ciek cieków wodnych:
Wielki Kanał Brdy i Czerska Struga.




W uproszczeniu: 
na górze płynie Wielki Kanał Brdy, na dole Czerska Struga.

Te trzy zdjęcia poniżej zrobiliśmy przy wyjściu z tunelu.


Te załamanie kolorów na zdjęciu poniżej po lewej
po prostu nas urzekło.

Czy coś (ktoś?) tu mieszka?

Na koniec cóż by, jak nie KOŃ :))

PS Późno już, jakich snów dziś Wam życzyć: 
wartko płynących, bez tam i zapór, może lekko spiętrzonych? 
Dobranoc, do kolejnego zaczytania. Ew @