niedziela, 30 sierpnia 2015

ACH TEN PARYŻ
czyli jak mój mąż sobie zwiedzał


     Adamowi wypadła ostatnio pauza pod Paryżem. W sobotę odpoczął, a w niedzielę o 6 rano doszedł do wniosku, że kolejnego dnia w samochodzie nie będzie siedział, poszperał w necie i przed 8 szedł już piechotą do Paryża. Szedł, szedł ... 13 km i doszedł na lotnisko Paris-Charles De Gaulle. Tam wsiadł w metro, z którego wysiadł przy samej Katedrze Notre-Dame. Gdzie jechał dokładnie nie wiedział, ale w metrze spotkał przemiłą starszą Panią, Polkę mieszkającą od ponad 20 lat w Paryżu, która opowiedziała, gdzie co jest. Owa Pani wprowadziła go do katedry wejściem nie dla turystów, tylko dla podążających na mszę. Turyści stali w kolejce na co najmniej 3 godziny. Adam takim oto sposobem zwiedził symboliczną katedrę i kazał mi napisać, że jest autentycznie przepiękna. Później już chodził powiedzmy, że "po okolicy". O tym, co widział, napiszemy i pokażemy w kilku postach. Na początek będzie Square Jean XXIII przy Katedrze Notre-Dame, jutro o samej już katedrze. Po 17.00 owej niedzieli mój małżonek stwierdził, że czas wracać. Znowu w metro i na lotnisko, to ok, a potem kolejne 13 km pieszo - ta perspektywa lekko go już przeraziła. Dogadał się z taksówkarzem, że podrzuci go do auta za 30 euro. Jak się porozumiał, nie wiem, bo francuskiego nie zna ni w ząb, ale przygodę zafundował sobie nieziemską. Mówi, że musi, tam jeszcze wrócić, bo nie dotarł do Wieży Eiffela, po wyjściu z katedry na chybił trafił wybrał nie ten kierunek "spaceru". Czyż można go nie kochać (hmm, pewnie to przeczyta)?


Pomnik Św. Jana Pawła II przy Katedrze Notre-Dame
(katedra w tle, ale o niej w następnym poście)
Skwer Jana XXIII (Square Jean XXIII) 





Adam mówi, że te kwiaty specjalnie dla mnie 
i te też
a te dla Olci 
na co Ola spytała tatę, czy nie było tam koni, 
bo kwiatki to ona niekoniecznie












 fontanna na skwerze








 
Jutro z francuska Cathedrale Notre Dame de Paris @

niedziela, 23 sierpnia 2015

TAK NA CHWILĘ DO LASU
ale proszę ... bez słoika


     Poszłam wczoraj do spiżarki zobaczyć, czy nic się nie dzieje z tegorocznymi słoikami, i jak bym wyczuła. Wszystkie moje truskawki miały wybrzuszone pokrywki, a kupiłam nowe kompletne słoiki, żeby się nic nie działo. Pootwierałam, dołożyłam co tam jeszcze miałam: porzeczek, śliwek, mirabelek i taki mix z powrotem zawekowałam z innymi pokrywkami. Ciekawa byłam smaku tych truskawek, bo w tym roku dorzuciłam do nich dość sporo mięty, ale więcej już tak nie zrobię, średnio smakuje, mięta po obróbce cieplnej "pachnie?" dla mnie przekisłą trawą. Myślę, że teraz połączenie truskawek z innymi owocami (zupełnie przypadkowe, przyznaję) złagodzi mój mały kulinarny eksperyment. Zimą będzie smakowało na pewno, chyba że pokrywki znowu puszczą i wszystko sfermentuje, bo truskawki kolejnego wekowania nie wytrzymają, już teraz wyglądają dziwnie smętnie. Po tym wszystkim miałam dość. Poszłam do lasu, a tam cisza, spokój, ale ... i słoiki - w porozwlekanych przez zwierzęta śmieciach. Ludzie naprawdę nie mają wstydu, wywożą do lasu wszystko, co bez trudu można oddać u nas za darmo na składowisku w gminie. Bandyctwo normalnie. Dzisiaj nowy dzionek, nowe siły i zerkam na paprykę, którą przydałoby się zrobić, ale nie wiem, czy słoiki będą chciały ze mną współpracować :)) Miłej niedzieli Wam życzę, kochani. Korzystajcie z pogody, bo od wtorku podobno pada.   



 Fotki bez słoików własnych truskawkowych i obcych leśnych.

 





 

   















 




@ Ew.